12 stycznia wybrałem się na
"Tron: Dziedzictwo", zaraz obok
"Incepcji" najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2010. Idąc na seans, zafascynowany rewelacyjnymi zwiastunami (których liczby wyświetleń na monitorze komputera nie jestem w stanie nawet oszacować), liczyłem na niezapomniane widowisko, którego efekty 3D porównywalne będą do tych doświadczonych podczas projekcji
"Avatara". Miałem także nadzieję, że wstrząśnie mną ścieżka dźwiękowa, słyszałem o niej bowiem same pozytywne opinie. Po aktorstwie natomiast nie spodziewałem się niczego szczególnego. We wszystkich tych oczekiwaniach utwierdzało mnie pewne zdarzenie z końca października...
Owym wydarzeniem było
"Tron Night", 23-minutowy specjalny, przedpremierowy i darmowy pokaz wybranych fragmentów filmu, który odbył się 28 października. Dzięki mojemu bratu miałem okazję wziąć w nim udział. Seans ten dawał pewne ogólne spojrzenie na wygląd filmu. Z sali wyszedłem z mieszanymi uczuciami, wszystko za sprawą tandetnego (!) aktorstwa Garretta Hedlunda, odtwórcy głównej roli Sama Flynna. Jego mimika twarzy oraz fatalnie dobrane kwestie dialogowe (o pretensjonalnej i cwaniackiej wymowie), skutecznie burzyły obraz wykreowanego świata. Uzbrojony w te doświadczenia, wiedziałem dokładnie jak muszę przygotować się na premierę. Wracając do samej imprezy, Kinoplex Kielce zasłużył na wyraźną naganę. Po pokazie wszyscy uczestnicy mieli otrzymać dwa plakaty filmowe. Wraz z bratem byliśmy pierwszymi osobami, dla których tych rarytasów zabrakło. Co więcej, pan z obsługi posiadający jeszcze jeden zestaw, spytany o niego odpowiedział, że jest zarezerwowany. Nie dostał go żaden z pozostałych kinomanów, a zatem był przeznaczony dla kogoś, kto nie był obecny na imprezie. To stawia w bardzo negatywnym świetle obsługę kieleckiego kina, niestety nie po raz pierwszy.
Zanim przejdę do sedna, słów kilka na temat filmu, po którym "dziedziczy" omawiana produkcja, czyli o
"Tron" z roku 1982. Niepodważalne jest, że zalicza się go do grona klasyki kina science fiction. Przedstawiony w nim świat wciągał, a główna idea fabuły pozostawała żywa w świadomości widza długo po zakończonym seansie. Niestety poza samym konceptem i genialnymi efektami specjalnymi, film ten miał niewiele do zaoferowania. Akcja okropnie się dłużyła i nudziła (czasem wręcz usypiając), aktorstwo, oprócz rewelacyjnego Jeffa Bridgesa, niczym nie zaskakiwało, a zakończenie rozczarowywało prostotą i naiwnością. Dlatego pomimo całego sentymentu jakim darzę tę produkcję, maksymalna ocena jaką jestem w stanie jej zaoferować to 5/10. Piszę o tym, ponieważ
"Dziedzictwo" oceniałem także przez pryzmat części pierwszej, w końcu tytuł do czegoś zobowiązuje.
Jak zatem wypada
"Tron: Dziedzictwo" na tle swojego poprzednika? Niestety tylko odrobinę lepiej. Przede wszystkim rozczarowuje aktorstwo. Błyskotliwy Jeff Bridges stał się podstarzałym wyznawcą filozofii zen. Jego gra przywodzi na myśl słowa: "dajcie mi wreszcie ten czek i kończmy te zdjęcia", z dawnego Kevina Flynna nic nie pozostało. Nie jest w stanie okazać emocji nawet w tak ważnej scenie, jak ponowne spotkanie syna po kilkunastu latach rozłąki. Kolejnym zawodem jest Olivia Wilde (filmowa Quorra). Jedyne czym zachwyca to piękne kształty ciała w obcisłym kombinezonie, ogromny minus dla scenarzystów. O odtwórcy głównej roli Sama Flynna wspominałem już przy okazji
"Tron Night", po obejrzeniu całego filmu byłem tym bardziej zniesmaczony jego aktorstwem. Dwie postacie ratują jednak poziom filmu. Pierwszą z nich jest zagrany przez Michaela Sheena Castor - zdecydowanie najbardziej wyrazisty charakter, którego w skrócie podsumowują słowa: ekstrawagancja z nutką szaleństwa. Drugą z nich jest Clu. Sytuacja ta jest paradoksalna, ponieważ wcielił się w nią komputerowy, odmłodzony Jeff Bridges! W tym momencie chciałbym wyrazić ogromny szacunek dla grafików komputerowych. Mimika twarzy Clu przekazywała wachlarz emocji, najbardziej zachwyciły mnie te negatywne, czyli gniew, frustracja, rozczarowanie, szał, a nawet obłęd. Clu zarażał tymi uczuciami, brawa dla rewelacyjnych efektów specjalnych (jedynie w ostatniej scenie z jego udziałem widać było pewne niedociągnięcia).
Fabuła
"Tron: Dziedzictwo" oferuje znacznie lepszą rozrywkę niż części pierwszej. Film w ogóle się nie dłuży, akcja utrzymuje się na stałym poziomie. Największą jej wadą jest jednak to, że niczym nie zachwyca, ani tym bardziej nie zaskakuje. Widać niestety rękę wytwórni Disney. Na szczęście uniknięto poważniejszych luk scenariuszowych.
Jakie są więc pozytywne aspekty tego filmu? Najważniejszym z nich jest klimat, którego nie sposób opisać. Składają się na niego fenomenalna
muzyka (symfoniczna z domieszką elektroniki) skomponowana przez
Daft Punk, oraz powalające jakością efekty specjalne. Zbudowany za ich pomocą komputerowy Grid, czyli środowisko, w którym toczy się przeważająca część akcji, fascynuje i pochłania widza całkowicie.
"Dziedzictwo" zasługuje na obejrzenie go na dużym ekranie (w kinie domowym tylko i wyłącznie w jakości HD), obowiązkowo z porządnym nagłośnieniem. Pamiętam dokładnie, jak ogromne wrażenie wywarła na mnie już pierwsza scena filmu, w której pobrzmiewał utwór
"The Grid", a głos Jeffa Bridgesa prowadził narrację inicjującą fabułę filmu. Momentalnie zawładnął mną elektroniczny, cyberpunkowy klimat, a całe moje ciało przeszyły przyjemne dreszcze. Była to zaledwie druga minuta filmu, dalej klimat robi się jeszcze gęstszy i bardziej przejmujący. Fenomenalne jest to, że dosłownie każdej scenie towarzyszy rewelacyjna muzyka. Wielki ukłon w stronę zespołu Daft Punk, moim skromny zdaniem najlepsza muzyka filmowa roku 2010. Któregoś dnia płyta ta wzbogaci moją kolekcję.
Stwierdzenie, że efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie to zdecydowanie za mało. Obok muzyki składają się one na jakość tego filmu. Sceny walk na dyski, czy pościgów na motocyklach, stanowią niezapomniane wrażenie. Wszechobecna gra świateł i mieszanina barw hipnotyzują widza. Efekt ten jest tak silny, że po skończonym seansie wybudzenie się z transu nie należy do prostych zadań. Grid więzi świadomość widza jeszcze dobrych kilka godzin po opuszczeniu sali kina.
Seans filmu odbył się w technologii 3D, jak zatem prezentował się efekt przestrzenności? W porównaniu do
"Avatara" tylko przyzwoicie, mistrz nadal pozostaje niedościgniony. Głównym mankamentem zastosowania go w
"Dziedzictwie" było widoczne przyciemnienie niektórych (i tak ciemnych już) scen. Pomimo subtelności efektu 3D, wprowadził on jednak dodatkową głębię, która dobrze podkreśliła komputerowy charakter obserwowanego środowiska.
Zanim przejdę do podsumowania, kilka kolejnych gorzkich słów w stronę kieleckiego Kinoplexu.
"Dziedzictwo" było moim pierwszym filmem 3D, którego seans odbył się w sali nr 3 (wszystkie wcześniejsze oglądałem w sali nr 4). Nie wiem, czy przyczyną był czynnik ludzki, czy być może zawiodły urządzenia, jednakże poziom dźwięku w tej sali był zdecydowanie zbyt wysoki. W niektórych scenach z intensywną muzyką dało się wręcz odczuć ból, a już na pewno można było to nazwać dużym dyskomfortem. Pragnę także zaznaczyć, że nie była to wina kopii filmu, ponieważ to samo wrażenie zaobserwowałem przed filmem w czasie wyświetlania zwiastunów i reklam. Rada na przyszłość dla Kinoplexu: skalibrujcie sprzęt, zanim wpuścicie ludzi na seans do sali.
Podsumowując
"Tron: Dziedzictwo" można śmiało powiedzieć, że jest on bardzo nierówny. Z jednej strony oczom widza ukazuje się wspaniały, fascynujący świat, z drugiej jednak wypełniony jest on przeważnie "płaskimi" postaciami. Wspaniałe efekty specjalne i rewelacyjna muzyka zapadają w pamięć, szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o aktorstwie. Fabuła nie jest naiwna, nie oferuje jednak żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Stanowi tylko tło dla audio-wizualnego majstersztyku, jakim bez wątpienia jest ten film. Jednej rzeczy nie można odmówić tej produkcji - klimatu. Intensywnego, cyberpunkowego, przeszywającego na wskroś świadomość widza. Zatem niech żyje Grid, moja nowa ojczyzna!
Ocena: 7/10