Search This Blog

22 September, 2011

The Thing - Red Band Trailer

Kilka minut temu obejrzałem nowy zwiastun filmu "The Thing". Zatytułowany "Red Band Trailer", dostępny jest na stronie IGN (do jego obejrzenia wymagane jest ukończenie 18. lat :P). Zrobił na mnie bardzo dobrze wrażenie, z niecierpliwością czekam na pojawienie się tego filmu w kinach (światowa premiera już za 3 tyg, polska odbędzie się niestety... dopiero w grudniu). Jeśli jesteś jedną z osób, która właśnie zachodzi w głowę, o jakim filmie w ogóle jest mowa, już spieszę z wyjaśnieniami.

Otóż "The Thing" to prequel znakomitego horroru o tym samym tytule, w Polsce znanego jako "Coś", wyreżyserowanego przez Johna Carpentera w roku 1982. "Coś" jest dla mnie kultową produkcją, klasyką gatunku i wzorem do naśladowania, któremu z czystym sumieniem przyznaję maksymalną ocenę 10/10. Ponadto darzę go dużym sentymentem, poniekąd wychowałem się na nim (za co serdeczne podziękowania należą się mojemu Tacie). Dlatego tym większe było moje zaciekawienie prequelem, gdy zaczęły się o nim pojawiać pierwsze informacje. Teraz pozostaje jedynie cierpliwie czekać i zobaczyć, co z tego wyniknie...

Więcej informacji o filmie "The Thing":
Więcej informacji o filmie "Coś" w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

24 June, 2011

Fresher the package

Kinoplex Kielce (w gruncie rzeczy obecnie już Helios Kielce) przeszedł ostatnio remont. O ile estetyka i wystrój kina zmieniły się znacząco na plus, o tyle jakość analogowych seansów i pewna metodologia doboru repertuaru pozostały niestety te same.

Gdy 13. maja otwarto ponownie kino, żywiłem ogromną nadzieję, że wśród aktualnego programu obecny będzie "Kod nieśmiertelności". Tak się jednak nie stało. W zamian kinomani otrzymali takie "hity" jak: "Gnomeo i Julia 3D", "Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach 3D", czy "Ksiądz 3D". Wszyscy zauważają magiczne litery '3D' w tytułach filmów? W pogoni za większymi wpływami, Helios Kielce postanowił pozbawić widza możliwości obejrzenia jednego z najlepszych thrillerów science fiction ostatnich lat. Całe szczęście, że sposobność taką zdecydował się zapewnić Wojewódzki Dom Kultury. Wszystkich zainteresowanych "Kodem nieśmiertelności" zapraszam na seanse o godz. 18:00 i 20:00 w dniach 25-27 czerwca (więcej informacji na stronie WDK).

W ciągu ostatnich dwóch tygodni gościłem w Helios Kielce dwukrotnie, na seansach "X-Men: Pierwsza klasa" oraz "Drzewo życia". Obie projekcje realizowane były w technologii analogowej. Pierwsza z nich odbyła się w sali nr 6, druga w sali nr 1. Za bilet "Pierwszej klasy" zapłaciłem 15 zł, nie wiem jednak, czy "jakość", którą za nie otrzymałem, warta była chociaż 5 zł. Prawa, górna część ekranu (około 20% całości) była nieustannie rozmazana, ewidentnie brakowało w niej ostrości. Z kolej po lewej stronie, przez około 75% wysokości ekranu, znajdowały się ukośne kreski. Kolejnym mankamentem był źle skalibrowany dźwięk - jak na mój gust zdecydowanie zbyt cicho. Podczas oglądania "Drzewa życia" było odrobinę lepiej. Strona audio prezentowała się dobrze, jednakże wideo było dość "miękkie". W tym samym czasie w repertuarze obecna była "superprodukcja" "Kac Vegas w Bangkoku" - o dziwo grana w dwóch wersjach, analogowej i cyfrowej. Według strony bigscreen.com, wersje cyfrowe filmów "Pierwsza klasa" i "Drzewo życia" znalazły się w kinach, szkoda tylko, że nie w polskich. Zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie winę za to ponosi dystrybutor filmów na polskim rynku - w tym wypadku odpowiednio Imperial CinePix oraz Monolith Films. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to poważne przeoczenie, które w ostatecznym rozrachunku odbiera widzom lwią część przyjemności z seansu.

Kończąc chciałbym dodać, że "Drzewo życia" jest obecnie grane jedynie w 8 spośród 26 kin sieci Helios. Oznacza to, że tylko około 30% widzów dostało szansę na obejrzenie tego szczególnego dzieła. Pozostałe 70% musi niestety zadowolić się filmem "Kac Vegas w Bangkoku". I jeszcze jedno - drobna rada na przyszłość dla wszystkich kinomaniaków z okolic Kielc: omijać szerokim łukiem salę nr 6.

23 June, 2011

X-Men: Pierwsza klasa (X-Men: First Class)

"X-Men: Pierwsza klasa" to piąta część sagi "X-Men". Nie kontynuuje ona zdarzeń przedstawionych w "X-Men: Ostatni bastion", nie należy także do serii "Origins", zapoczątkowanej produkcją "X-Men Geneza: Wolverine", która to z założenia skupiać ma się na pojedynczych postaciach. Reżyser Matthew Vaughn (twórca takich filmów jak "Przekładaniec", "Gwiezdny pył", czy "Kick-Ass") zabiera nas w podróż do czasów, gdy nie istniała jeszcze słynna Akademia Charlesa Xaviera, a zarówno Profesor X, jak i Magneto, nie nosili swoich przydomków.

Słowem wstępu wyjaśnię jeszcze, że cykl komiksów "X-Men" nie jest mi znany, recenzja ta nie będzie nawiązywać do niego w żaden sposób. Historia "Pierwszej klasy" skupiona jest wokół początków tytułowych X-Menów. Charles Xavier i Erik Lehnsher, przyszli Profesor X i Magneto, ukazani są jako mali chłopcy. Charles poznaje Raven, późniejszą Mystique, która staje się jego jedyną przyjaciółką. Erik trafia natomiast do obozu pracy, gdzie Niemcy przeprowadzają na nim szereg eksperymentów w celu zrozumienia i opanowania jego nadprzyrodzonej mocy, jaką jest kontrola nad metalem. Tam też na oczach chłopca zostaje zamordowana bliska mu osoba. O ile życie dorosłego Charlesa można nazwać szczęśliwym i spełnionym (studiuje, posiada dobrobyt, jest powszechnie szanowany), o tyle egzystencja dojrzałego Erika napędzana jest przez jedno pragnienie - zemsty. Pomimo wyraźnych pobudek kierujących Erikiem, nie jest on postacią jednoznacznie negatywną, reżyser nie spłyca jego charakteru. Gdy Charles, przez wzgląd na swoje telepatyczne umiejętności, zostanie zatrudniony przez rząd w celu pomocy ujęcia niejakiego Sebastiana Shawa, losy dwójki bohaterów ulegną niespodziewanemu połączeniu.

Ogromnie cieszy fakt, że fabuła "Pierwszej klasy" nie jest jedynie tłem, tudzież pretekstem, do ukazania efektownych scen akcji. Co więcej, to ona pcha film do przodu, często wychodząc na pierwszy plan. Przemyślane dialogi zostały bardzo dobrze zbalansowane z całą resztą obrazu. Spośród obsady wyróżniają się James McAvoy oraz Michael Fassbender, którzy to wcielili się odpowiednio w role Charlesa i Erika. Ich rozmowy są dojrzałe, a gra aktorska nasycona prawdziwymi emocjami (w scenie, w której Erik próbuje obrócić antenę służącą do komunikacji satelitarnej, chwyta nawet za gardło). Dobre kreacje stworzyli także Jennifer Lawrence i Kevin Bacon, filmowi Raven i Shaw. Przyznam, że nieszczególnie przepadam za Panem Baconem, ale jedno muszę mu oddać - solidnie wcielił się w rolę czarnego charakteru. Zdjęcia do filmu nakręcił John Mathieson (znany z takich produkcji jak "Gladiator", "Upiór w operze", czy "Królestwo niebieskie"), muzykę skomponował natomiast Henry Jackman. Panowie wykonali swoją pracę rzetelnie, partytura Jackmana błyszczy szczególnie w utworach: "Would You Date Me?", "Cerebro", "Rage and Serenity", "Sub Lift", "Mutant and Proud".

"Pierwsza klasa" to bardzo udane wprowadzenie do sagi. Polecam go zarówno fanom X-Menów (którzy dodatkowo ucieszą się z krótkiego epizodu w wykonaniu Hugh Jackmana, aka Wolverine'a), jak również wszystkim łaknącym solidnego, niepozbawionego sensu filmu akcji science fiction. Pomimo czasem odrobinę niedopracowanych efektów specjalnych, moim zdaniem najlepsza część serii.

Ocena: 8/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

Drzewo życia (The Tree of Life)

Gdy trzy dni temu wraz z bratem wybrałem się na "Drzewo życia", przeczuwałem, że seans ten będzie szczególny. Materiały promocyjne tkwiły głęboko w mojej głowie, obiecując wielkie dzieło i pobudzając mój nieokiełznany, filmowy apetyt. Przede wszystkim dręczyło mnie jedno, podstawowe pytanie: o czym dokładnie traktowała będzie ta produkcja?

Odpowiedź na wyrażoną przed chwilą wątpliwość nie jest prosta. Co więcej, przedstawienie fabuły "Drzewa życia" jest mocno skomplikowanym zadaniem. Reżyser Terrence Malick poszczególnymi scenami, niczym pociągnięciami pędzla, maluje obraz świata widziany własnymi oczami. Widz staje się świadkiem początku Wszechświata, wsłuchując się w specjalnie na potrzeby filmu zremiksowany przez Zbigniewa Preisnera fragment motywu "Lacrimosa", podróżuje wśród gwiazd. Obserwujemy panowanie na Ziemi dinozaurów, by następnie ujrzeć ich zagładę. Jednakże trzon opowieści stanowi historia pewnej rodziny żyjącej w latach 50. XX w.

Pan i Pani O'Brien, w których role wyśmienicie wcielili się Brad Pitt i Jessica Chastain, wychowują trójkę dzieci. Przeżycia najstarszego z nich, o imieniu Jack, staną się duszą filmu. Widz podgląda chłopca od momentu poczęcia (ukazanego w artystyczny sposób), poprzez jego dzieciństwo, dojrzewanie (znakomita rola Hunter'a McCracken'a), aż ku dorosłości (świetny Sean Penn). Jako dorosły człowiek, Jack zmaga się z otaczającym go światem. Próbując się w nim odnaleźć, zadaje pytania o sen egzystencji, poddając także w wątpliwość istnienie Boga. Podążając ścieżką dorastania Jack'a, Malick prezentuje widzowi proces kształtowania się charakteru chłopca. Na jego przebieg niebagatelny wpływ miały wzorce przekazywane przez rodziców dziecka. Już w pierwszych minutach filmu reżyser wysuwa następującą tezę: przez życie podążać można dwoma ścieżkami, ścieżką łaski i ścieżką natury. Łaska nie dba o własne zadowolenie, dzielnie znosi obelgi, zapomnienie, wrogość. Natura z kolei pragnie zaspokoić tylko i wyłącznie samą siebie, często kosztem innych. Pierwszą z tych metodologii reprezentuje Pani O'Brien, drugą natomiast Pan O'Brien. Matka uczy dzieci pokory, łagodności, czynienia dobra. Ojciec, podważając autorytet swojej żony, stara się przygotować chłopców do surowych aspektów dorosłego życia. Pokazuje im jak być silnym, zdecydowanym i bezwzględnym. W życiu nie można być zbyt dobrym, ponieważ inni ludzie wykorzystają to bez najmniejszych skrupułów. Te dwa, skrajnie odrębne style wychowania rozpętają istną burzę w umyśle, sercu i duszy Jack'a, doprowadzając do jego utraty niewinności w bardzo młodym wieku.

Przedstawione w poprzednich akapitach refleksje w żadnym wypadku nie wyczerpują tematyki "Drzewa życia". Film wypełniony jest rozważaniami natury egzystencjalnej. Malick stawia pytania o pochodzenie życia, kierunek, w którym ono zmierza, a także wiele, wiele innych. Co stanowi esencję życia? Czy umiemy wybaczać? Czym jest dla nas wiara? Jak odnaleźć ją w sobie? Gdzie należy poszukiwać Boga? Kim jesteśmy dla siebie? Czy należycie okazujemy miłość naszym dzieciom? Jak definiować miłość? Jak wpływa na nas śmierć bliskiej osoby? Co stanie się, gdy wszelkie życie dobiegnie końca? Odpowiedzi, jakich udziela nam reżyser, płyną prosto z emocji obserwowanych na ekranie. "Drzewo życia" porusza arcyważne zagadnienia, robi to w subtelny, aczkolwiek zdecydowany sposób.

Grę aktorską podsumować można w skrócie jednym słowem - rewelacyjna. Nie sposób jest doszukać się chociażby pojedynczej nuty fałszu. Brad Pitt, Jessica Chastain oraz Sean Penn błyszczą w każdej scenie. Zachwycającą kreacją wykazał się także Hunter McCracken, aktor odgrywający rolę młodego Jack'a. Na jego twarzy, a także w jego oczach, doskonale wymalowany jest konflikt, który rozgrywa się w jego wnętrzu.

Szczególną cechą dzieł Terrence'a Malick'a jest naturalizm, który przede wszystkim przejawia się w specyficznych ujęciach. Reżyser uważnie przygląda się przyrodzie, bohaterowie są z nią ściśle związani, obcują z nią na porządku dziennym. Kamera prowadzona jest w sposób, który przenosi widza w sam środek akcji, w rezultacie wzmacniając jego emocjonalne zaangażowanie przedstawianą historią. Zdjęcia Emmanuel'a Lubezki'ego (znanego dzięki takim produkcjom jak "Podróż do Nowej Ziemi" i "Ludzkie dzieci") to istna perła. Obserwowanej opowieści nieustannie towarzyszy wyśmienita muzyka skomponowana przez Alexandre'a Desplat'a. Pomimo tego, że głównym jej motywem jest prostota, zawiera ona w sobie wachlarz emocji: szczęście, smutek, miłość, gniew. Jednymi słowy odzwierciedla różnorodność uczuć ludzkiego życia. Malick posiada niezwykły dar idealnego dopasowania do siebie historii, zdjęć i muzyki. Wszystkie elementy współgrają ze sobą w najdrobniejszych detalach.

"Drzewo życia" to próba zrozumienia sensu życia. Malick niczym humanista bada korzenie ludzkiej moralności, analizuje jedno z podstawowych pragnień - chęć zaznania szczęścia. W swoich rozważaniach nie ogranicza się tylko i wyłącznie do człowieka, spogląda na życie jako całość, docierając do jego bezpośrednich początków. Jeśli gustujesz w ambitnym kinie, sięgnij śmiało po najnowszy film Terrence'a Malick'a, moim skromnym zdaniem zdecydowanie najlepszy spośród jego całej reżyserskiej kariery. Arcydzieło.

Ocena: 10/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

15 June, 2011

Niespodziewana wygrana

Około 2 miesiące temu wziąłem udział w konkursie organizowanym przez firmę Western Digital. Polegał on na udzieleniu odpowiedzi na kilka pytań, oraz wypełnieniu krótkiej ankiety. W chwili pisania tego postu strona konkursowa jest nadal aktywna, dlatego wszystkich zainteresowanych poznaniem dokładnego charakteru quizu zapraszam pod ten adres. Partycypacja nie jest już możliwa z prostego powodu - konkurs uległ zakończeniu 31. maja. W tym momencie docieramy do sedna tej krótkiej wiadomości. Standardowo, tuż przed udaniem się na spoczynek, zalogowałem się do skrzynki e-mailowej. Moim oczom ukazała się poczta nadesłana przez Brittę Aigner z kadry WD, której treść brzmiała:
Gratulujemy!
Jako Uczestnik konkursu VelociRaptor organizowanego w maju 2011 przez Western Digital, zostałeś jednym ze Zwycięzców i w nagrodę otrzymujesz od nas koszulkę WD VelociRaptor. Nagrodę wyślemy do Ciebie na adres podany podczas wypełniania formularza konkursowego. Powinna do Ciebie dotrzeć w przeciągu kilku dni. Mamy nadzieję, że nagroda przypadnie Ci do gustu.
Pozdrawiamy,
Zespół Western Digital
Nie pisałbym tej wiadomości gdyby nie fakt, że jest to moja pierwsza wygrana w tego typu konkursie. Serdecznie dziękuję Brygido, czekam z niecierpliwością na koszulkę.

25 May, 2011

Linkin Park Radio

Kilka miesięcy temu jeden z moich ulubionych zespołów muzycznych - Linkin Park - uruchomił swoją internetową stację radiową. Ostatnio została ona zaktualizowana o rozmowy z fanami, interesująca inicjatywa. Zapraszam do słuchania, możesz udać się pod ten adres, albo skorzystać z widżetu w pasku po prawej stronie mojego blogu. Od siebie dodam jeszcze, że muzyka, która jest tam prezentowana, bardzo przypadła mi do gustu.

Aktualizacja [1 lipca 2014]

Radio znajduje się obecnie pod nowym adresem. Niestety jest ono teraz dostępne tylko z terytorium USA. Widżet również nie działa, dlatego został usunięty z bocznego paska blogu. Ponadto strona Linkin Park Zion została przeniesiona na facebook.

24 April, 2011

Efekty specjalne filmu Monsters

Kilkanaście minut temu udałem się na stronę photoshop.com w celu pobrania wersji próbnych oprogramowania z rodziny Adobe Photoshop. Przy okazji założyłem konto Adobe ID, operacja ta przebiegła szybko i bezboleśnie. Przetestowałem także możliwości darmowej aplikacji on-line Adobe Photoshop Express Editor - sprawdzi się ona znakomicie w przypadku osób, które nie mają możliwości albo ochoty instalować na dysku komputera żadnego dodatkowego oprogramowania, a na obrazach cyfrowych wykonują jedynie podstawowe operacje. Nie pisałbym jednak tych słów, gdyby nie dwa materiały wideo, które napotkałem podczas dokładniejszych przeszukiwań strony:
Zawierają one wywiady z Garethem Edwardsem, reżyserem, scenarzystą i kamerzystą filmu "Monsters". Produkcję tą miałem okazję obejrzeć pod koniec stycznia, oceniłem ją bardzo wysoko - 8/10. Skąd zatem niska średnia ocen w serwisach filmowych? Otóż film niepotrzebnie reklamowany był jako horror, wiele osób nastawiło się na dreszczyk emocji i tego nie uświadczyło. W rzeczywistości jest to melodramat science fiction i pod tym względem film prezentuje się okazale. O jego sile stanowi subtelna gra aktorska (szczególnie zachwyciła mnie Whitney Able), przyciągające wzrok zdjęcia i hipnotyzująca muzyka autorstwa Jona Hopkinsa. Należy zauważyć, że produkcja ta posiadała niewielki budżet, który wyniósł tylko $500 tys. Materiały wideo znalezione na stronie Adobe przybliżają realia powstawania efektów specjalnych "Monsters". Po ich obejrzeniu nasuwa się prosty wniosek: do zrealizowania porządnego filmu wymagany jest przede wszystkim talent i wysokie umiejętności, Hollywood nie jest wówczas do niczego potrzebny. Z tego miejsca chciałbym życzyć panu Edwardsowi dalszych sukcesów w jego karierze filmowej, a Tobie Drogi Czytelniku miłego oglądania odkrytych przeze mnie wywiadów.

24 March, 2011

Inwazja: Bitwa o Los Angeles (Battle: Los Angeles)

W ostatni piątek miałem okazję obejrzeć film "Inwazja: Bitwa o Los Angeles", jak się niestety okazało, nieszczególnie przyjemną. Tym razem zacznę od przedstawienia zalet filmu, ponieważ lista ta jest bardzo krótka. Składają się na nią sporadycznie ciekawe ujęcia i incydentalnie dobra muzyka. Niestety na tym kończy się zestaw walorów, czas przejść do narzekania. Zwiastuny filmu zapowiadały bardzo dobre efekty specjalne, jednakże w ogólnym rozrachunku było tylko średnio. Bardzo rozczarowywało niedokładne przedstawienie obcych, w żadnej ze scen widz nie miał szans, aby przyjrzeć się im w całej okazałości. Strona techniczna stanowi jednak tylko czubek lodowej góry niedoskonałości tego filmu.

Wybierając się na "Bitwę" miałem nadzieję, że będzie to produkcja rewelacyjnie ukazująca inwazję obcych na naszą planetę. Oczekiwałem globalnego spojrzenia na problem, przedstawienia walk prowadzonych w całym mieście Los Angeles. Otrzymałem jednak tandetny film o bohaterstwie amerykańskich żołnierzy. Akcja skupia się wokół jednego oddziału, który zostaje wysłany na pole bitwy z niebezpieczną misją uratowania grupki cywili. Pierwsze 20 min przywołuje na myśl stare filmy katastroficzne z lat 70. - następuje tu wprowadzenie bohaterów wraz z ich rodzinami. Zabieg ten miał na celu pogłębienie postaci, jednakże z punktu widzenia dalszych wydarzeń jest on całkowicie bezcelowy. Scenariusz filmu powiela utarty schemat: dzielni amerykańscy wojacy przedzierają się poprzez terytorium zajęte przez wroga, odnajdują kilka zbłąkanych duszyczek, które następnie ratują, wykonując przy tym moc heroicznych czynów. Film przeładowany jest amerykańską propagandą i patosem, co chwilę serwowane są frazesy typu: marines to najlepsi żołnierze na świecie, marines nikogo nie zostawiają w tyle, marines nigdy się nie poddają i zawsze zwyciężą wroga. W momentach kulminacyjnych, aby ocalić kompanów swojego oddziału, amerykański żołnierz gotowy jest oddać nawet własne życie - oczywiście nie mogło tego zabraknąć i w tym filmie. Miejscami podczas seansu robiło mi się od tego wszystkiego niedobrze. Sceny walk przeplatane są słabymi kwestiami dialogowymi, w których bohaterowie udowadniają swoją szlachetność i oddanie sprawie. Najgorsze jest jednak zakończenie, którego morał przedstawia się następująco: gdy cała armia zawiedzie, wyślij kilku marines, na pewno sobie poradzą.

Film rozczarowuje na każdej płaszczyźnie. Scenariusz to istna kpina, nie sposób jest strawić takiej ilości banałów i pseudo bohaterstwa. O jakimkolwiek aktorstwie można zapomnieć (wielka szkoda Aarona Eckharta, jednakże jaka rola, takie wykonanie). Tylko średnio wypada także strona techniczna. Zdecydowanie odradzam oglądanie tego filmu, strata czasu.

Ocena: 3/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

18 March, 2011

Tron: Dziedzictwo (Tron: Legacy)

12 stycznia wybrałem się na "Tron: Dziedzictwo", zaraz obok "Incepcji" najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2010. Idąc na seans, zafascynowany rewelacyjnymi zwiastunami (których liczby wyświetleń na monitorze komputera nie jestem w stanie nawet oszacować), liczyłem na niezapomniane widowisko, którego efekty 3D porównywalne będą do tych doświadczonych podczas projekcji "Avatara". Miałem także nadzieję, że wstrząśnie mną ścieżka dźwiękowa, słyszałem o niej bowiem same pozytywne opinie. Po aktorstwie natomiast nie spodziewałem się niczego szczególnego. We wszystkich tych oczekiwaniach utwierdzało mnie pewne zdarzenie z końca października...

Owym wydarzeniem było "Tron Night", 23-minutowy specjalny, przedpremierowy i darmowy pokaz wybranych fragmentów filmu, który odbył się 28 października. Dzięki mojemu bratu miałem okazję wziąć w nim udział. Seans ten dawał pewne ogólne spojrzenie na wygląd filmu. Z sali wyszedłem z mieszanymi uczuciami, wszystko za sprawą tandetnego (!) aktorstwa Garretta Hedlunda, odtwórcy głównej roli Sama Flynna. Jego mimika twarzy oraz fatalnie dobrane kwestie dialogowe (o pretensjonalnej i cwaniackiej wymowie), skutecznie burzyły obraz wykreowanego świata. Uzbrojony w te doświadczenia, wiedziałem dokładnie jak muszę przygotować się na premierę. Wracając do samej imprezy, Kinoplex Kielce zasłużył na wyraźną naganę. Po pokazie wszyscy uczestnicy mieli otrzymać dwa plakaty filmowe. Wraz z bratem byliśmy pierwszymi osobami, dla których tych rarytasów zabrakło. Co więcej, pan z obsługi posiadający jeszcze jeden zestaw, spytany o niego odpowiedział, że jest zarezerwowany. Nie dostał go żaden z pozostałych kinomanów, a zatem był przeznaczony dla kogoś, kto nie był obecny na imprezie. To stawia w bardzo negatywnym świetle obsługę kieleckiego kina, niestety nie po raz pierwszy.

Zanim przejdę do sedna, słów kilka na temat filmu, po którym "dziedziczy" omawiana produkcja, czyli o "Tron" z roku 1982. Niepodważalne jest, że zalicza się go do grona klasyki kina science fiction. Przedstawiony w nim świat wciągał, a główna idea fabuły pozostawała żywa w świadomości widza długo po zakończonym seansie. Niestety poza samym konceptem i genialnymi efektami specjalnymi, film ten miał niewiele do zaoferowania. Akcja okropnie się dłużyła i nudziła (czasem wręcz usypiając), aktorstwo, oprócz rewelacyjnego Jeffa Bridgesa, niczym nie zaskakiwało, a zakończenie rozczarowywało prostotą i naiwnością. Dlatego pomimo całego sentymentu jakim darzę tę produkcję, maksymalna ocena jaką jestem w stanie jej zaoferować to 5/10. Piszę o tym, ponieważ "Dziedzictwo" oceniałem także przez pryzmat części pierwszej, w końcu tytuł do czegoś zobowiązuje.

Jak zatem wypada "Tron: Dziedzictwo" na tle swojego poprzednika? Niestety tylko odrobinę lepiej. Przede wszystkim rozczarowuje aktorstwo. Błyskotliwy Jeff Bridges stał się podstarzałym wyznawcą filozofii zen. Jego gra przywodzi na myśl słowa: "dajcie mi wreszcie ten czek i kończmy te zdjęcia", z dawnego Kevina Flynna nic nie pozostało. Nie jest w stanie okazać emocji nawet w tak ważnej scenie, jak ponowne spotkanie syna po kilkunastu latach rozłąki. Kolejnym zawodem jest Olivia Wilde (filmowa Quorra). Jedyne czym zachwyca to piękne kształty ciała w obcisłym kombinezonie, ogromny minus dla scenarzystów. O odtwórcy głównej roli Sama Flynna wspominałem już przy okazji "Tron Night", po obejrzeniu całego filmu byłem tym bardziej zniesmaczony jego aktorstwem. Dwie postacie ratują jednak poziom filmu. Pierwszą z nich jest zagrany przez Michaela Sheena Castor - zdecydowanie najbardziej wyrazisty charakter, którego w skrócie podsumowują słowa: ekstrawagancja z nutką szaleństwa. Drugą z nich jest Clu. Sytuacja ta jest paradoksalna, ponieważ wcielił się w nią komputerowy, odmłodzony Jeff Bridges! W tym momencie chciałbym wyrazić ogromny szacunek dla grafików komputerowych. Mimika twarzy Clu przekazywała wachlarz emocji, najbardziej zachwyciły mnie te negatywne, czyli gniew, frustracja, rozczarowanie, szał, a nawet obłęd. Clu zarażał tymi uczuciami, brawa dla rewelacyjnych efektów specjalnych (jedynie w ostatniej scenie z jego udziałem widać było pewne niedociągnięcia).

Fabuła "Tron: Dziedzictwo" oferuje znacznie lepszą rozrywkę niż części pierwszej. Film w ogóle się nie dłuży, akcja utrzymuje się na stałym poziomie. Największą jej wadą jest jednak to, że niczym nie zachwyca, ani tym bardziej nie zaskakuje. Widać niestety rękę wytwórni Disney. Na szczęście uniknięto poważniejszych luk scenariuszowych.

Jakie są więc pozytywne aspekty tego filmu? Najważniejszym z nich jest klimat, którego nie sposób opisać. Składają się na niego fenomenalna muzyka (symfoniczna z domieszką elektroniki) skomponowana przez Daft Punk, oraz powalające jakością efekty specjalne. Zbudowany za ich pomocą komputerowy Grid, czyli środowisko, w którym toczy się przeważająca część akcji, fascynuje i pochłania widza całkowicie.

"Dziedzictwo" zasługuje na obejrzenie go na dużym ekranie (w kinie domowym tylko i wyłącznie w jakości HD), obowiązkowo z porządnym nagłośnieniem. Pamiętam dokładnie, jak ogromne wrażenie wywarła na mnie już pierwsza scena filmu, w której pobrzmiewał utwór "The Grid", a głos Jeffa Bridgesa prowadził narrację inicjującą fabułę filmu. Momentalnie zawładnął mną elektroniczny, cyberpunkowy klimat, a całe moje ciało przeszyły przyjemne dreszcze. Była to zaledwie druga minuta filmu, dalej klimat robi się jeszcze gęstszy i bardziej przejmujący. Fenomenalne jest to, że dosłownie każdej scenie towarzyszy rewelacyjna muzyka. Wielki ukłon w stronę zespołu Daft Punk, moim skromny zdaniem najlepsza muzyka filmowa roku 2010. Któregoś dnia płyta ta wzbogaci moją kolekcję.

Stwierdzenie, że efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie to zdecydowanie za mało. Obok muzyki składają się one na jakość tego filmu. Sceny walk na dyski, czy pościgów na motocyklach, stanowią niezapomniane wrażenie. Wszechobecna gra świateł i mieszanina barw hipnotyzują widza. Efekt ten jest tak silny, że po skończonym seansie wybudzenie się z transu nie należy do prostych zadań. Grid więzi świadomość widza jeszcze dobrych kilka godzin po opuszczeniu sali kina.

Seans filmu odbył się w technologii 3D, jak zatem prezentował się efekt przestrzenności? W porównaniu do "Avatara" tylko przyzwoicie, mistrz nadal pozostaje niedościgniony. Głównym mankamentem zastosowania go w "Dziedzictwie" było widoczne przyciemnienie niektórych (i tak ciemnych już) scen. Pomimo subtelności efektu 3D, wprowadził on jednak dodatkową głębię, która dobrze podkreśliła komputerowy charakter obserwowanego środowiska.

Zanim przejdę do podsumowania, kilka kolejnych gorzkich słów w stronę kieleckiego Kinoplexu. "Dziedzictwo" było moim pierwszym filmem 3D, którego seans odbył się w sali nr 3 (wszystkie wcześniejsze oglądałem w sali nr 4). Nie wiem, czy przyczyną był czynnik ludzki, czy być może zawiodły urządzenia, jednakże poziom dźwięku w tej sali był zdecydowanie zbyt wysoki. W niektórych scenach z intensywną muzyką dało się wręcz odczuć ból, a już na pewno można było to nazwać dużym dyskomfortem. Pragnę także zaznaczyć, że nie była to wina kopii filmu, ponieważ to samo wrażenie zaobserwowałem przed filmem w czasie wyświetlania zwiastunów i reklam. Rada na przyszłość dla Kinoplexu: skalibrujcie sprzęt, zanim wpuścicie ludzi na seans do sali.

Podsumowując "Tron: Dziedzictwo" można śmiało powiedzieć, że jest on bardzo nierówny. Z jednej strony oczom widza ukazuje się wspaniały, fascynujący świat, z drugiej jednak wypełniony jest on przeważnie "płaskimi" postaciami. Wspaniałe efekty specjalne i rewelacyjna muzyka zapadają w pamięć, szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o aktorstwie. Fabuła nie jest naiwna, nie oferuje jednak żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Stanowi tylko tło dla audio-wizualnego majstersztyku, jakim bez wątpienia jest ten film. Jednej rzeczy nie można odmówić tej produkcji - klimatu. Intensywnego, cyberpunkowego, przeszywającego na wskroś świadomość widza. Zatem niech żyje Grid, moja nowa ojczyzna!

Ocena: 7/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.