Search This Blog

28 October, 2010

Legendy sowiego królestwa (Legend of the Guardians)

27 października 2010 roku odwiedziłem kielecki Kinoplex w celu obejrzenia filmu "Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole". Od samego początku dzień obfitował w niespodzianki, których nie zabrakło także w kinie. Gdy zaopatrywałem się w bilet na seans, kasjerka poinformowała mnie, że będę oglądał film jako jedyny. Musiała także wykonać telefon, w którym poinformowała obsługę o pojawieniu się klienta. Dziwne zdarzenie? Dla mnie to żadna nowość, taka sytuacja przytrafiła mi się już po raz trzeci.

Po krótkiej chwili oczekiwania przed salą, zostałem zaproszony do środka. Z racji tego, że projekcja filmu odbywała się w technologii 3D, przy wejściu otrzymałem specjalne okulary Dolby Digital. Potem nastąpił moment wyboru miejsca, cała sala była bowiem "moja". Z racji tego, że był to film 3D, zdecydowałem się na najbardziej optymalną w tym przypadku lokalizację, czyli środek rzędu trzeciego. Jednakże w przyszłości zastanowię się jeszcze nad rzędem czwartym...

Wrażenia z seansu wyniosłem mieszane. Ogromnie zachwyciła mnie animacja sów, graficy studia Village Roadshow Pictures wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Ptaszki wyglądają tak pięknie, ich futerka są tak puszyste, a twarzyczki tak śliczne, że człowiek ma ochotę przygarnąć taką sówkę do siebie (a najlepiej kilka) i nieustannie przytulać się do niej. Bezcenne uczucie, które można porównać z miłością do ulubionego zwierzątka (tudzież pluszaka) z dzieciństwa. Wspaniale wygląda także trójwymiarowa woda. W scenie, w której Soren (główny bohater) szybuje podczas burzy, można zaobserwować mnóstwo kropelek wody, które subtelnie rozbijają się o jego opierzenie. Możliwe jest wręcz odczucie każdego uderzenia, brawa dla grafików za osiągnięcie tak namacalnego rezultatu. Co do samego efektu wrażenia trójwymiarowości, stoi on na wysokim poziomie (niedoścignioną klasą pozostaje jednak "Avatar"). Najpełniej jest on odczuwalny podczas scen lotu sówek, walk, oraz prezentacji elementów krajobrazu. Podsumowując ten aspekt: od strony graficznej produkcji nie brakuje właściwie niczego, praktycznie cały czas oczy widza bombardowane są spektakularnymi, barwnymi obrazami.

Muzyka w przeważającej części dotrzymuje dzielnie kroku stronie wizualnej. Kilka utworów wzbudza głębsze emocje, jednakże znalazło się też parę takich, obok których przechodzi się obojętnie. Film bogaty jest w sceny, podczas których akcja ulega spowolnieniu (wizytówka reżysera Zacka Snydera). Często towarzyszy im przepiękny motyw muzyczny, co w efekcie daje prawdziwie zapierające dech w piersiach i zapadające w pamięci widoki.

Od tego momentu zacznie się niestety narzekanie. Pomimo wspomnianych przed chwilą zawieszeń, które służą przede wszystkim delektowaniu się kunsztem wykonania obrazu, daje się odczuć, że akcja filmu pędzi naprzód niczym kolej szybkotorowa. Uczucie to towarzyszyło mi praktycznie przez cały seans, sukcesywnie niszcząc magiczny nastrój. Zdarzenia następują po sobie bardzo szybko, czasem ma się wrażenie, że sceny są ze sobą połączone troszkę na siłę. Jest to następstwo krótkiego czasu trwania filmu (tylko 90 min!), oraz próby "upakowania" w nim aż trzech tomów książki, na podstawie której został on nakręcony. Podobny dyskomfort odczuwałem poprzednim razem podczas projekcji filmu "Alicja z Krainy Czarów" Tima Burtona. Niczym szczególnym nie zachwyca także fabuła. Pomimo swojej powierzchownej epickości, nie oferuje żadnych odkrywczych przemyśleń. Co więcej, przeładowana jest wieloma frazesami typu "uciśnieni zostaną wyzwoleni" albo "zło nigdy nie zwycięży dobra". Z góry zaznaczam, że nie czytałem książki, wypowiadam się tylko i wyłącznie na temat filmu. Rozumiem także, że jest to w głównej mierze bajka dla dzieci, jednakże nie zmienia to faktu, że starszy widz oczekuje czegoś więcej. Kilka elementów sygnalizuje to, że Snyder starał się wyważyć film, aby także osoby dorosłe nie nudziły się podczas jego seansu (przemawia za tym gównie mroczny klimat części scen oraz dosyć brutalne walki sów), jednakże rezultat końcowy trochę rozczarowuje.

Na koniec pozostawiłem sprawę dubbingu. Spodziewałem się najgorszego, było natomiast źle, ale nie fatalnie. Bardzo żałuję, że idąc do kina, widz zazwyczaj nie ma możliwości zdecydowania, czy chce obejrzeć film z oryginalną ścieżką dźwiękową, czy raczej woli dubbingowany. Zastąpienie głosów takich aktorów jak Geoffrey Rush, Hugo Weaving, Sam Neill oraz aktorek Helen Mirren i Abbie Cornish uważam za nieporozumienie.

Summa summarum: największym atutem filmu jest jego aspekt wizualno-dźwiękowy, który sprawia, że kilka scen prawdziwie chwyta za serce i pozostaje w pamięci. Na tym polu obraz otrzymałby ode mnie ocenę 8/10. Jednakże za prostotę fabularną i zbytnią cukierkowość przekazu odejmuję jedno oczko, drugie natomiast za niefortunny dubbing.

Ocena: 6/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

24 October, 2010

Bezsilność wobec bezsilności

Ludzka psychika jest niesamowicie skomplikowana. Oczywiście wiadomo o tym nie od dziś. Człowiek tak naprawdę zdolny jest do wszystkiego. Czasem sami potrafimy zamknąć się w pułapce własnych uczuć, z której potem usilnie próbujemy się wydostać. W międzyczasie staramy się odkryć sens całej sytuacji, zapominając o tym, że nie zawsze musi istnieć logiczne wytłumaczenie. Po pewnym czasie zastanawiamy się, jak w ogóle dopuściliśmy do tego, aby zaistniały dane okoliczności. Zapominamy jednak o tym, że są one skutkiem pewnych decyzji podjętych pod wpływem emocji. Podsumowując, doszukujemy się logiki w uczuciach, co kompletnie nie ma sensu, ponieważ emocje z definicji są nielogiczne. W tym momencie klaruje się pewien wzorzec: zawsze gdy uczucia zawodzą, odwołujemy się do umysłu, by spróbować odnaleźć się w nowym położeniu. Jeśli jednak wcześniej pozwoliliśmy, aby uczucia kierowały nami zbyt długo, próba taka może spalić na panewce. To implikuje prosty wniosek: wszystkie decyzje (a przynajmniej te o dalekosiężnych skutkach) należy podejmować z rozwagą, zachowując ciągłą świadomość umysłu. Emocje są bardzo złym doradcą. Jednakże gdy wyłączymy serce, czy nie staniemy się wówczas zimną maszyną? Czy nadal będziemy zdolni do wielkich, doniosłych czynów? Przecież suche kalkulacje muszą nieść ze sobą jakiś skutek uboczny. Czy zachowamy w sobie zdolność do bycia dobrym? A może dobro nie płynie tylko z serca, ale także z umysłu? Przeczy temu fakt, że dobro nie zawsze się opłaca, a zatem w wielu sytuacjach nasz rozum by je odrzucił, wybierając bardziej logiczne rozwiązanie. Najgorsza jednak we wszystkim jest bezsilność. Świadomość, że nie jesteśmy w stanie w pojedynkę nic poradzić, ponieważ aby rozwiązać dane położenie, musimy nawiązać dialog z drugą osobą, której ta sytuacja dotyczy. Czasem, nie ważne jak bardzo tego chcemy i jak usilnie staramy się to wykonać, dialog taki nie może zaistnieć. Po wielu bezskutecznych próbach, starania ustają, oddając miejsce obezwładniającemu uczuciu bezsilności. Rozum podpowiada, aby bezpiecznie się wycofać. Serce jednak na to nie pozwala, ponieważ zbyt mocno związane jest z tamtą osobą. Jeśli po pewnym czasie wszystko zaczyna ciążyć tak bardzo, że doprowadza nas do irytacji, oznacza to, że myliliśmy się co do naszych uczuć. Bo czy będąc czegoś pewnym do stopnia wygłaszania deklaracji, można kiedyś diametralnie zmienić zdanie? Raczej nie, jednakże, tak jak pisałem we wstępie, człowiek zdolny jest do wszystkiego. Natomiast jeśli z perspektywy czasu, pomimo beznadziejności stanu rzeczy, zachowujemy spokój oraz trzeźwe myślenie, znakiem tego, ciągle zależy nam na tej osobie, ponieważ nie kierujemy w jej stronę złości (do której mamy prawo), a same pozytywne emocje, co oznacza, że chcemy ją chronić nawet przed samym sobą. Z drugiej jednak strony, gniew to naturalny ludzki odruch. Miejmy zatem nadzieję, że nie staliśmy się tylko martwym głazem, którego już nic nie obchodzi...

21 October, 2010

Gdy odchodzi prawdziwy naukowiec...

18 października 2010 roku w wieku 68 lat zmarł prof. Kazimierz Stachulec. Gdy kolejnego dnia dowiedziałem się o tym fakcie, byłem wstrząśnięty. Wydawało mi się, że ten człowiek jest niezniszczalny...

Gdy jesienią 2007 roku zaczynałem swoją przygodę z Politechniką Świętokrzyską, moje wyobrażenia na temat szkolnictwa wyższego miały zderzyć się z rzeczywistością. Jako pasjonat nauki, miałem nadzieję spotkać wśród wykładowców ludzi wybitnych, ekspertów w swoich dziedzinach. Doskonale pamiętam pierwsze zajęcia na uczelni, był to wykład z fizyki u prof. Stachulca. Gdy wszyscy zajmowali swoje miejsca w auli, starszy, elegancko ubrany w garnitur mężczyzna przechadzał się tam i z powrotem przed katedrą. To, co nastąpiło potem, zreewaluowało moje pojęcie na temat fizyki i matematyki. Dynamika, pojęcie prędkości tłumaczone jako pochodna wektora przemieszczenia po czasie i jakże enigmatyczny w tamtej chwili operator różniczkowania 'd po dt'. Do tego sposób w jaki zostało to zaprezentowane, z elokwencją, opanowaniem, stanowczością ale także i pasją, którą dało się wyczuć w jego głosie i gestach. Czysta wiedza emanowała z tego człowieka. Rzeczywistość sprostała moim oczekiwaniom z nawiązką. To wszystko sprawiło, że z niecierpliwością oczekiwałem kolejnego wykładu, z którego oprócz samych wiadomości wyniosłem słowo, które już niebawem miało stać się jednym z moich ulubionych. Mianowicie mowa o wyrazie 'infinitezymalnie'. Przez kolejne tygodnie słowo to nie schodziło z moich ust, zostałem nim zainfekowany, jak zresztą fizyką. Prof. Stachulec zarażał zamiłowaniem do tej nauki, co szczególnie można było odczuć, gdy czasem wpadał w istny trans, w którym to w przeciągu kilku chwil potrafił zapisać praktycznie całą tablicę jakimś skomplikowanym wywodem. Na ćwiczeniach miałem tą przyjemność dość częstego wędrowania do tablicy. Do jednych zajęć przygotowałem się naprawdę porządnie, studiując pieczołowicie materiał przez cały weekend. Gdy pod czujnym okiem profesora skończyłem rozwiązywać zadanie, dostałem tzw. 'plusa' oraz usłyszałem z jego ust następujące słowa: "Widać, że pan to rozumie". Tego typu stwierdzenie od takiego człowieka... bezcenne.

Ciężko uwierzyć, że nie ma go już pośród nas. W dniu, w którym profesor opuścił ziemski padół, polski świat nauki otrzymał ogromny cios. Dla takich ludzi jak on, jedno życie to zdecydowanie za mało. Spotkanie z prof. Kazimierzem Stachulcem pozostawiło trwały ślad w moim umyśle, w sercu i na duszy. Niech spoczywa w pokoju...