27 października 2010 roku odwiedziłem kielecki Kinoplex w celu obejrzenia filmu
"Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole". Od samego początku dzień obfitował w niespodzianki, których nie zabrakło także w kinie. Gdy zaopatrywałem się w bilet na seans, kasjerka poinformowała mnie, że będę oglądał film jako jedyny. Musiała także wykonać telefon, w którym poinformowała obsługę o pojawieniu się klienta. Dziwne zdarzenie? Dla mnie to żadna nowość, taka sytuacja przytrafiła mi się już po raz trzeci.
Po krótkiej chwili oczekiwania przed salą, zostałem zaproszony do środka. Z racji tego, że projekcja filmu odbywała się w technologii 3D, przy wejściu otrzymałem specjalne okulary Dolby Digital. Potem nastąpił moment wyboru miejsca, cała sala była bowiem "moja". Z racji tego, że był to film 3D, zdecydowałem się na najbardziej optymalną w tym przypadku lokalizację, czyli środek rzędu trzeciego. Jednakże w przyszłości zastanowię się jeszcze nad rzędem czwartym...
Wrażenia z seansu wyniosłem mieszane. Ogromnie zachwyciła mnie animacja sów, graficy studia Village Roadshow Pictures wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Ptaszki wyglądają tak pięknie, ich futerka są tak puszyste, a twarzyczki tak śliczne, że człowiek ma ochotę przygarnąć taką sówkę do siebie (a najlepiej kilka) i nieustannie przytulać się do niej. Bezcenne uczucie, które można porównać z miłością do ulubionego zwierzątka (tudzież pluszaka) z dzieciństwa. Wspaniale wygląda także trójwymiarowa woda. W scenie, w której Soren (główny bohater) szybuje podczas burzy, można zaobserwować mnóstwo kropelek wody, które subtelnie rozbijają się o jego opierzenie. Możliwe jest wręcz odczucie każdego uderzenia, brawa dla grafików za osiągnięcie tak namacalnego rezultatu. Co do samego efektu wrażenia trójwymiarowości, stoi on na wysokim poziomie (niedoścignioną klasą pozostaje jednak
"Avatar"). Najpełniej jest on odczuwalny podczas scen lotu sówek, walk, oraz prezentacji elementów krajobrazu. Podsumowując ten aspekt: od strony graficznej produkcji nie brakuje właściwie niczego, praktycznie cały czas oczy widza bombardowane są spektakularnymi, barwnymi obrazami.
Muzyka w przeważającej części dotrzymuje dzielnie kroku stronie wizualnej. Kilka utworów wzbudza głębsze emocje, jednakże znalazło się też parę takich, obok których przechodzi się obojętnie. Film bogaty jest w sceny, podczas których akcja ulega spowolnieniu (wizytówka reżysera Zacka Snydera). Często towarzyszy im przepiękny motyw muzyczny, co w efekcie daje prawdziwie zapierające dech w piersiach i zapadające w pamięci widoki.
Od tego momentu zacznie się niestety narzekanie. Pomimo wspomnianych przed chwilą zawieszeń, które służą przede wszystkim delektowaniu się kunsztem wykonania obrazu, daje się odczuć, że akcja filmu pędzi naprzód niczym kolej szybkotorowa. Uczucie to towarzyszyło mi praktycznie przez cały seans, sukcesywnie niszcząc magiczny nastrój. Zdarzenia następują po sobie bardzo szybko, czasem ma się wrażenie, że sceny są ze sobą połączone troszkę na siłę. Jest to następstwo krótkiego czasu trwania filmu (tylko 90 min!), oraz próby "upakowania" w nim aż trzech tomów książki, na podstawie której został on nakręcony. Podobny dyskomfort odczuwałem poprzednim razem podczas projekcji filmu
"Alicja z Krainy Czarów" Tima Burtona. Niczym szczególnym nie zachwyca także fabuła. Pomimo swojej powierzchownej epickości, nie oferuje żadnych odkrywczych przemyśleń. Co więcej, przeładowana jest wieloma frazesami typu "uciśnieni zostaną wyzwoleni" albo "zło nigdy nie zwycięży dobra". Z góry zaznaczam, że nie czytałem książki, wypowiadam się tylko i wyłącznie na temat filmu. Rozumiem także, że jest to w głównej mierze bajka dla dzieci, jednakże nie zmienia to faktu, że starszy widz oczekuje czegoś więcej. Kilka elementów sygnalizuje to, że Snyder starał się wyważyć film, aby także osoby dorosłe nie nudziły się podczas jego seansu (przemawia za tym gównie mroczny klimat części scen oraz dosyć brutalne walki sów), jednakże rezultat końcowy trochę rozczarowuje.
Na koniec pozostawiłem sprawę dubbingu. Spodziewałem się najgorszego, było natomiast źle, ale nie fatalnie. Bardzo żałuję, że idąc do kina, widz zazwyczaj nie ma możliwości zdecydowania, czy chce obejrzeć film z oryginalną ścieżką dźwiękową, czy raczej woli dubbingowany. Zastąpienie głosów takich aktorów jak Geoffrey Rush, Hugo Weaving, Sam Neill oraz aktorek Helen Mirren i Abbie Cornish uważam za nieporozumienie.
Summa summarum: największym atutem filmu jest jego aspekt wizualno-dźwiękowy, który sprawia, że kilka scen prawdziwie chwyta za serce i pozostaje w pamięci. Na tym polu obraz otrzymałby ode mnie ocenę 8/10. Jednakże za prostotę fabularną i zbytnią cukierkowość przekazu odejmuję jedno oczko, drugie natomiast za niefortunny dubbing.