W ostatni piątek miałem okazję obejrzeć film "Inwazja: Bitwa o Los Angeles", jak się niestety okazało, nieszczególnie przyjemną. Tym razem zacznę od przedstawienia zalet filmu, ponieważ lista ta jest bardzo krótka. Składają się na nią sporadycznie ciekawe ujęcia i incydentalnie dobra muzyka. Niestety na tym kończy się zestaw walorów, czas przejść do narzekania. Zwiastuny filmu zapowiadały bardzo dobre efekty specjalne, jednakże w ogólnym rozrachunku było tylko średnio. Bardzo rozczarowywało niedokładne przedstawienie obcych, w żadnej ze scen widz nie miał szans, aby przyjrzeć się im w całej okazałości. Strona techniczna stanowi jednak tylko czubek lodowej góry niedoskonałości tego filmu.
Wybierając się na "Bitwę" miałem nadzieję, że będzie to produkcja rewelacyjnie ukazująca inwazję obcych na naszą planetę. Oczekiwałem globalnego spojrzenia na problem, przedstawienia walk prowadzonych w całym mieście Los Angeles. Otrzymałem jednak tandetny film o bohaterstwie amerykańskich żołnierzy. Akcja skupia się wokół jednego oddziału, który zostaje wysłany na pole bitwy z niebezpieczną misją uratowania grupki cywili. Pierwsze 20 min przywołuje na myśl stare filmy katastroficzne z lat 70. - następuje tu wprowadzenie bohaterów wraz z ich rodzinami. Zabieg ten miał na celu pogłębienie postaci, jednakże z punktu widzenia dalszych wydarzeń jest on całkowicie bezcelowy. Scenariusz filmu powiela utarty schemat: dzielni amerykańscy wojacy przedzierają się poprzez terytorium zajęte przez wroga, odnajdują kilka zbłąkanych duszyczek, które następnie ratują, wykonując przy tym moc heroicznych czynów. Film przeładowany jest amerykańską propagandą i patosem, co chwilę serwowane są frazesy typu: marines to najlepsi żołnierze na świecie, marines nikogo nie zostawiają w tyle, marines nigdy się nie poddają i zawsze zwyciężą wroga. W momentach kulminacyjnych, aby ocalić kompanów swojego oddziału, amerykański żołnierz gotowy jest oddać nawet własne życie - oczywiście nie mogło tego zabraknąć i w tym filmie. Miejscami podczas seansu robiło mi się od tego wszystkiego niedobrze. Sceny walk przeplatane są słabymi kwestiami dialogowymi, w których bohaterowie udowadniają swoją szlachetność i oddanie sprawie. Najgorsze jest jednak zakończenie, którego morał przedstawia się następująco: gdy cała armia zawiedzie, wyślij kilku marines, na pewno sobie poradzą.
Film rozczarowuje na każdej płaszczyźnie. Scenariusz to istna kpina, nie sposób jest strawić takiej ilości banałów i pseudo bohaterstwa. O jakimkolwiek aktorstwie można zapomnieć (wielka szkoda Aarona Eckharta, jednakże jaka rola, takie wykonanie). Tylko średnio wypada także strona techniczna. Zdecydowanie odradzam oglądanie tego filmu, strata czasu.
Wybierając się na "Bitwę" miałem nadzieję, że będzie to produkcja rewelacyjnie ukazująca inwazję obcych na naszą planetę. Oczekiwałem globalnego spojrzenia na problem, przedstawienia walk prowadzonych w całym mieście Los Angeles. Otrzymałem jednak tandetny film o bohaterstwie amerykańskich żołnierzy. Akcja skupia się wokół jednego oddziału, który zostaje wysłany na pole bitwy z niebezpieczną misją uratowania grupki cywili. Pierwsze 20 min przywołuje na myśl stare filmy katastroficzne z lat 70. - następuje tu wprowadzenie bohaterów wraz z ich rodzinami. Zabieg ten miał na celu pogłębienie postaci, jednakże z punktu widzenia dalszych wydarzeń jest on całkowicie bezcelowy. Scenariusz filmu powiela utarty schemat: dzielni amerykańscy wojacy przedzierają się poprzez terytorium zajęte przez wroga, odnajdują kilka zbłąkanych duszyczek, które następnie ratują, wykonując przy tym moc heroicznych czynów. Film przeładowany jest amerykańską propagandą i patosem, co chwilę serwowane są frazesy typu: marines to najlepsi żołnierze na świecie, marines nikogo nie zostawiają w tyle, marines nigdy się nie poddają i zawsze zwyciężą wroga. W momentach kulminacyjnych, aby ocalić kompanów swojego oddziału, amerykański żołnierz gotowy jest oddać nawet własne życie - oczywiście nie mogło tego zabraknąć i w tym filmie. Miejscami podczas seansu robiło mi się od tego wszystkiego niedobrze. Sceny walk przeplatane są słabymi kwestiami dialogowymi, w których bohaterowie udowadniają swoją szlachetność i oddanie sprawie. Najgorsze jest jednak zakończenie, którego morał przedstawia się następująco: gdy cała armia zawiedzie, wyślij kilku marines, na pewno sobie poradzą.
Film rozczarowuje na każdej płaszczyźnie. Scenariusz to istna kpina, nie sposób jest strawić takiej ilości banałów i pseudo bohaterstwa. O jakimkolwiek aktorstwie można zapomnieć (wielka szkoda Aarona Eckharta, jednakże jaka rola, takie wykonanie). Tylko średnio wypada także strona techniczna. Zdecydowanie odradzam oglądanie tego filmu, strata czasu.
Ocena: 3/10
No comments:
Post a Comment