Search This Blog

24 March, 2011

Inwazja: Bitwa o Los Angeles (Battle: Los Angeles)

W ostatni piątek miałem okazję obejrzeć film "Inwazja: Bitwa o Los Angeles", jak się niestety okazało, nieszczególnie przyjemną. Tym razem zacznę od przedstawienia zalet filmu, ponieważ lista ta jest bardzo krótka. Składają się na nią sporadycznie ciekawe ujęcia i incydentalnie dobra muzyka. Niestety na tym kończy się zestaw walorów, czas przejść do narzekania. Zwiastuny filmu zapowiadały bardzo dobre efekty specjalne, jednakże w ogólnym rozrachunku było tylko średnio. Bardzo rozczarowywało niedokładne przedstawienie obcych, w żadnej ze scen widz nie miał szans, aby przyjrzeć się im w całej okazałości. Strona techniczna stanowi jednak tylko czubek lodowej góry niedoskonałości tego filmu.

Wybierając się na "Bitwę" miałem nadzieję, że będzie to produkcja rewelacyjnie ukazująca inwazję obcych na naszą planetę. Oczekiwałem globalnego spojrzenia na problem, przedstawienia walk prowadzonych w całym mieście Los Angeles. Otrzymałem jednak tandetny film o bohaterstwie amerykańskich żołnierzy. Akcja skupia się wokół jednego oddziału, który zostaje wysłany na pole bitwy z niebezpieczną misją uratowania grupki cywili. Pierwsze 20 min przywołuje na myśl stare filmy katastroficzne z lat 70. - następuje tu wprowadzenie bohaterów wraz z ich rodzinami. Zabieg ten miał na celu pogłębienie postaci, jednakże z punktu widzenia dalszych wydarzeń jest on całkowicie bezcelowy. Scenariusz filmu powiela utarty schemat: dzielni amerykańscy wojacy przedzierają się poprzez terytorium zajęte przez wroga, odnajdują kilka zbłąkanych duszyczek, które następnie ratują, wykonując przy tym moc heroicznych czynów. Film przeładowany jest amerykańską propagandą i patosem, co chwilę serwowane są frazesy typu: marines to najlepsi żołnierze na świecie, marines nikogo nie zostawiają w tyle, marines nigdy się nie poddają i zawsze zwyciężą wroga. W momentach kulminacyjnych, aby ocalić kompanów swojego oddziału, amerykański żołnierz gotowy jest oddać nawet własne życie - oczywiście nie mogło tego zabraknąć i w tym filmie. Miejscami podczas seansu robiło mi się od tego wszystkiego niedobrze. Sceny walk przeplatane są słabymi kwestiami dialogowymi, w których bohaterowie udowadniają swoją szlachetność i oddanie sprawie. Najgorsze jest jednak zakończenie, którego morał przedstawia się następująco: gdy cała armia zawiedzie, wyślij kilku marines, na pewno sobie poradzą.

Film rozczarowuje na każdej płaszczyźnie. Scenariusz to istna kpina, nie sposób jest strawić takiej ilości banałów i pseudo bohaterstwa. O jakimkolwiek aktorstwie można zapomnieć (wielka szkoda Aarona Eckharta, jednakże jaka rola, takie wykonanie). Tylko średnio wypada także strona techniczna. Zdecydowanie odradzam oglądanie tego filmu, strata czasu.

Ocena: 3/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

18 March, 2011

Tron: Dziedzictwo (Tron: Legacy)

12 stycznia wybrałem się na "Tron: Dziedzictwo", zaraz obok "Incepcji" najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2010. Idąc na seans, zafascynowany rewelacyjnymi zwiastunami (których liczby wyświetleń na monitorze komputera nie jestem w stanie nawet oszacować), liczyłem na niezapomniane widowisko, którego efekty 3D porównywalne będą do tych doświadczonych podczas projekcji "Avatara". Miałem także nadzieję, że wstrząśnie mną ścieżka dźwiękowa, słyszałem o niej bowiem same pozytywne opinie. Po aktorstwie natomiast nie spodziewałem się niczego szczególnego. We wszystkich tych oczekiwaniach utwierdzało mnie pewne zdarzenie z końca października...

Owym wydarzeniem było "Tron Night", 23-minutowy specjalny, przedpremierowy i darmowy pokaz wybranych fragmentów filmu, który odbył się 28 października. Dzięki mojemu bratu miałem okazję wziąć w nim udział. Seans ten dawał pewne ogólne spojrzenie na wygląd filmu. Z sali wyszedłem z mieszanymi uczuciami, wszystko za sprawą tandetnego (!) aktorstwa Garretta Hedlunda, odtwórcy głównej roli Sama Flynna. Jego mimika twarzy oraz fatalnie dobrane kwestie dialogowe (o pretensjonalnej i cwaniackiej wymowie), skutecznie burzyły obraz wykreowanego świata. Uzbrojony w te doświadczenia, wiedziałem dokładnie jak muszę przygotować się na premierę. Wracając do samej imprezy, Kinoplex Kielce zasłużył na wyraźną naganę. Po pokazie wszyscy uczestnicy mieli otrzymać dwa plakaty filmowe. Wraz z bratem byliśmy pierwszymi osobami, dla których tych rarytasów zabrakło. Co więcej, pan z obsługi posiadający jeszcze jeden zestaw, spytany o niego odpowiedział, że jest zarezerwowany. Nie dostał go żaden z pozostałych kinomanów, a zatem był przeznaczony dla kogoś, kto nie był obecny na imprezie. To stawia w bardzo negatywnym świetle obsługę kieleckiego kina, niestety nie po raz pierwszy.

Zanim przejdę do sedna, słów kilka na temat filmu, po którym "dziedziczy" omawiana produkcja, czyli o "Tron" z roku 1982. Niepodważalne jest, że zalicza się go do grona klasyki kina science fiction. Przedstawiony w nim świat wciągał, a główna idea fabuły pozostawała żywa w świadomości widza długo po zakończonym seansie. Niestety poza samym konceptem i genialnymi efektami specjalnymi, film ten miał niewiele do zaoferowania. Akcja okropnie się dłużyła i nudziła (czasem wręcz usypiając), aktorstwo, oprócz rewelacyjnego Jeffa Bridgesa, niczym nie zaskakiwało, a zakończenie rozczarowywało prostotą i naiwnością. Dlatego pomimo całego sentymentu jakim darzę tę produkcję, maksymalna ocena jaką jestem w stanie jej zaoferować to 5/10. Piszę o tym, ponieważ "Dziedzictwo" oceniałem także przez pryzmat części pierwszej, w końcu tytuł do czegoś zobowiązuje.

Jak zatem wypada "Tron: Dziedzictwo" na tle swojego poprzednika? Niestety tylko odrobinę lepiej. Przede wszystkim rozczarowuje aktorstwo. Błyskotliwy Jeff Bridges stał się podstarzałym wyznawcą filozofii zen. Jego gra przywodzi na myśl słowa: "dajcie mi wreszcie ten czek i kończmy te zdjęcia", z dawnego Kevina Flynna nic nie pozostało. Nie jest w stanie okazać emocji nawet w tak ważnej scenie, jak ponowne spotkanie syna po kilkunastu latach rozłąki. Kolejnym zawodem jest Olivia Wilde (filmowa Quorra). Jedyne czym zachwyca to piękne kształty ciała w obcisłym kombinezonie, ogromny minus dla scenarzystów. O odtwórcy głównej roli Sama Flynna wspominałem już przy okazji "Tron Night", po obejrzeniu całego filmu byłem tym bardziej zniesmaczony jego aktorstwem. Dwie postacie ratują jednak poziom filmu. Pierwszą z nich jest zagrany przez Michaela Sheena Castor - zdecydowanie najbardziej wyrazisty charakter, którego w skrócie podsumowują słowa: ekstrawagancja z nutką szaleństwa. Drugą z nich jest Clu. Sytuacja ta jest paradoksalna, ponieważ wcielił się w nią komputerowy, odmłodzony Jeff Bridges! W tym momencie chciałbym wyrazić ogromny szacunek dla grafików komputerowych. Mimika twarzy Clu przekazywała wachlarz emocji, najbardziej zachwyciły mnie te negatywne, czyli gniew, frustracja, rozczarowanie, szał, a nawet obłęd. Clu zarażał tymi uczuciami, brawa dla rewelacyjnych efektów specjalnych (jedynie w ostatniej scenie z jego udziałem widać było pewne niedociągnięcia).

Fabuła "Tron: Dziedzictwo" oferuje znacznie lepszą rozrywkę niż części pierwszej. Film w ogóle się nie dłuży, akcja utrzymuje się na stałym poziomie. Największą jej wadą jest jednak to, że niczym nie zachwyca, ani tym bardziej nie zaskakuje. Widać niestety rękę wytwórni Disney. Na szczęście uniknięto poważniejszych luk scenariuszowych.

Jakie są więc pozytywne aspekty tego filmu? Najważniejszym z nich jest klimat, którego nie sposób opisać. Składają się na niego fenomenalna muzyka (symfoniczna z domieszką elektroniki) skomponowana przez Daft Punk, oraz powalające jakością efekty specjalne. Zbudowany za ich pomocą komputerowy Grid, czyli środowisko, w którym toczy się przeważająca część akcji, fascynuje i pochłania widza całkowicie.

"Dziedzictwo" zasługuje na obejrzenie go na dużym ekranie (w kinie domowym tylko i wyłącznie w jakości HD), obowiązkowo z porządnym nagłośnieniem. Pamiętam dokładnie, jak ogromne wrażenie wywarła na mnie już pierwsza scena filmu, w której pobrzmiewał utwór "The Grid", a głos Jeffa Bridgesa prowadził narrację inicjującą fabułę filmu. Momentalnie zawładnął mną elektroniczny, cyberpunkowy klimat, a całe moje ciało przeszyły przyjemne dreszcze. Była to zaledwie druga minuta filmu, dalej klimat robi się jeszcze gęstszy i bardziej przejmujący. Fenomenalne jest to, że dosłownie każdej scenie towarzyszy rewelacyjna muzyka. Wielki ukłon w stronę zespołu Daft Punk, moim skromny zdaniem najlepsza muzyka filmowa roku 2010. Któregoś dnia płyta ta wzbogaci moją kolekcję.

Stwierdzenie, że efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie to zdecydowanie za mało. Obok muzyki składają się one na jakość tego filmu. Sceny walk na dyski, czy pościgów na motocyklach, stanowią niezapomniane wrażenie. Wszechobecna gra świateł i mieszanina barw hipnotyzują widza. Efekt ten jest tak silny, że po skończonym seansie wybudzenie się z transu nie należy do prostych zadań. Grid więzi świadomość widza jeszcze dobrych kilka godzin po opuszczeniu sali kina.

Seans filmu odbył się w technologii 3D, jak zatem prezentował się efekt przestrzenności? W porównaniu do "Avatara" tylko przyzwoicie, mistrz nadal pozostaje niedościgniony. Głównym mankamentem zastosowania go w "Dziedzictwie" było widoczne przyciemnienie niektórych (i tak ciemnych już) scen. Pomimo subtelności efektu 3D, wprowadził on jednak dodatkową głębię, która dobrze podkreśliła komputerowy charakter obserwowanego środowiska.

Zanim przejdę do podsumowania, kilka kolejnych gorzkich słów w stronę kieleckiego Kinoplexu. "Dziedzictwo" było moim pierwszym filmem 3D, którego seans odbył się w sali nr 3 (wszystkie wcześniejsze oglądałem w sali nr 4). Nie wiem, czy przyczyną był czynnik ludzki, czy być może zawiodły urządzenia, jednakże poziom dźwięku w tej sali był zdecydowanie zbyt wysoki. W niektórych scenach z intensywną muzyką dało się wręcz odczuć ból, a już na pewno można było to nazwać dużym dyskomfortem. Pragnę także zaznaczyć, że nie była to wina kopii filmu, ponieważ to samo wrażenie zaobserwowałem przed filmem w czasie wyświetlania zwiastunów i reklam. Rada na przyszłość dla Kinoplexu: skalibrujcie sprzęt, zanim wpuścicie ludzi na seans do sali.

Podsumowując "Tron: Dziedzictwo" można śmiało powiedzieć, że jest on bardzo nierówny. Z jednej strony oczom widza ukazuje się wspaniały, fascynujący świat, z drugiej jednak wypełniony jest on przeważnie "płaskimi" postaciami. Wspaniałe efekty specjalne i rewelacyjna muzyka zapadają w pamięć, szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o aktorstwie. Fabuła nie jest naiwna, nie oferuje jednak żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Stanowi tylko tło dla audio-wizualnego majstersztyku, jakim bez wątpienia jest ten film. Jednej rzeczy nie można odmówić tej produkcji - klimatu. Intensywnego, cyberpunkowego, przeszywającego na wskroś świadomość widza. Zatem niech żyje Grid, moja nowa ojczyzna!

Ocena: 7/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.

24 December, 2010

1 mln pkt w Folding@home osiągnięty!

Około 2 tygodnie temu przekroczyłem magiczną granicę 1 mln pkt w projekcie Folding@home. Gdy mniej więcej 2 lata temu zaczynałem swoją przygodę z tym projektem, wynik taki wydawał się wręcz nierealny. Z biegiem czasu okazało się, że systematyczna, codzienna praca laptopa (a od maja tego roku także konsoli PS3) potrafi przełożyć się na zaskakujący rezultat. Jednakże nie pisałbym teraz tych słów, gdyby nie mój brat, a także pewna wąska grupa przyjaciół, którzy w ciągu tego okresu, raz na jakiś czas, użyczali mocy obliczeniowej swoich komputerów. Wspomniany wynik to także Wasza zasługa, za co serdecznie dziękuję!

Certyfikat uzyskania 1 mln pkt w projekcie Folding@home, podpisany przez kierownika projektu prof. Vijay'a Pande

Wszystkich zainteresowanych projektem zapraszam na poniższe strony:
Jeśli chcesz wziąć udział w projekcie, ale nie wiesz, jak się do tego zabrać, skontaktuj się ze mną drogą mailową. Postaram się pomóc, ale pamiętaj o wcześniejszym przeczytaniu wszystkich informacji z oficjalnej strony projektu.

19 December, 2010

The Race for Better Science

W celu sprawdzenia, czy dostępna jest nowsza wersja sterowników GeForce, odwiedziłem dziś stronę NVIDIA. Znalazłem jednak coś dużo lepszego, 17-minutowy film dokumentalny obrazujący ile korzyści potrafi czerpać współczesna nauka z obliczeń komputerowych. Zostało to przedstawione na przykładzie zastosowań w medycynie. I to nie byle jakich aplikacji, ponieważ wśród nich znalazły się:
  1. walka z rakiem,
  2. zapobieganie zawałom mięśnia sercowego,
  3. wspomagana komputerowo chirurgia.
Jakiś czas temu zaczęła fascynować mnie diagnostyka medyczna oparta o nowoczesne przetwarzanie obrazów w czasie rzeczywistym. Obejrzenie tego materiału rozpaliło moją pasję jeszcze mocniej... Zapraszam do obejrzenia "The Race for Better Science".

Aktualizacja [1 lipca 2014]

Niestety powyższe wideo nie jest już dostępne. W serwisie YouTube pozostał jedynie 2-minutowy materiał zmontowany z fragmentów tamtego nagrania.

28 October, 2010

Legendy sowiego królestwa (Legend of the Guardians)

27 października 2010 roku odwiedziłem kielecki Kinoplex w celu obejrzenia filmu "Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole". Od samego początku dzień obfitował w niespodzianki, których nie zabrakło także w kinie. Gdy zaopatrywałem się w bilet na seans, kasjerka poinformowała mnie, że będę oglądał film jako jedyny. Musiała także wykonać telefon, w którym poinformowała obsługę o pojawieniu się klienta. Dziwne zdarzenie? Dla mnie to żadna nowość, taka sytuacja przytrafiła mi się już po raz trzeci.

Po krótkiej chwili oczekiwania przed salą, zostałem zaproszony do środka. Z racji tego, że projekcja filmu odbywała się w technologii 3D, przy wejściu otrzymałem specjalne okulary Dolby Digital. Potem nastąpił moment wyboru miejsca, cała sala była bowiem "moja". Z racji tego, że był to film 3D, zdecydowałem się na najbardziej optymalną w tym przypadku lokalizację, czyli środek rzędu trzeciego. Jednakże w przyszłości zastanowię się jeszcze nad rzędem czwartym...

Wrażenia z seansu wyniosłem mieszane. Ogromnie zachwyciła mnie animacja sów, graficy studia Village Roadshow Pictures wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Ptaszki wyglądają tak pięknie, ich futerka są tak puszyste, a twarzyczki tak śliczne, że człowiek ma ochotę przygarnąć taką sówkę do siebie (a najlepiej kilka) i nieustannie przytulać się do niej. Bezcenne uczucie, które można porównać z miłością do ulubionego zwierzątka (tudzież pluszaka) z dzieciństwa. Wspaniale wygląda także trójwymiarowa woda. W scenie, w której Soren (główny bohater) szybuje podczas burzy, można zaobserwować mnóstwo kropelek wody, które subtelnie rozbijają się o jego opierzenie. Możliwe jest wręcz odczucie każdego uderzenia, brawa dla grafików za osiągnięcie tak namacalnego rezultatu. Co do samego efektu wrażenia trójwymiarowości, stoi on na wysokim poziomie (niedoścignioną klasą pozostaje jednak "Avatar"). Najpełniej jest on odczuwalny podczas scen lotu sówek, walk, oraz prezentacji elementów krajobrazu. Podsumowując ten aspekt: od strony graficznej produkcji nie brakuje właściwie niczego, praktycznie cały czas oczy widza bombardowane są spektakularnymi, barwnymi obrazami.

Muzyka w przeważającej części dotrzymuje dzielnie kroku stronie wizualnej. Kilka utworów wzbudza głębsze emocje, jednakże znalazło się też parę takich, obok których przechodzi się obojętnie. Film bogaty jest w sceny, podczas których akcja ulega spowolnieniu (wizytówka reżysera Zacka Snydera). Często towarzyszy im przepiękny motyw muzyczny, co w efekcie daje prawdziwie zapierające dech w piersiach i zapadające w pamięci widoki.

Od tego momentu zacznie się niestety narzekanie. Pomimo wspomnianych przed chwilą zawieszeń, które służą przede wszystkim delektowaniu się kunsztem wykonania obrazu, daje się odczuć, że akcja filmu pędzi naprzód niczym kolej szybkotorowa. Uczucie to towarzyszyło mi praktycznie przez cały seans, sukcesywnie niszcząc magiczny nastrój. Zdarzenia następują po sobie bardzo szybko, czasem ma się wrażenie, że sceny są ze sobą połączone troszkę na siłę. Jest to następstwo krótkiego czasu trwania filmu (tylko 90 min!), oraz próby "upakowania" w nim aż trzech tomów książki, na podstawie której został on nakręcony. Podobny dyskomfort odczuwałem poprzednim razem podczas projekcji filmu "Alicja z Krainy Czarów" Tima Burtona. Niczym szczególnym nie zachwyca także fabuła. Pomimo swojej powierzchownej epickości, nie oferuje żadnych odkrywczych przemyśleń. Co więcej, przeładowana jest wieloma frazesami typu "uciśnieni zostaną wyzwoleni" albo "zło nigdy nie zwycięży dobra". Z góry zaznaczam, że nie czytałem książki, wypowiadam się tylko i wyłącznie na temat filmu. Rozumiem także, że jest to w głównej mierze bajka dla dzieci, jednakże nie zmienia to faktu, że starszy widz oczekuje czegoś więcej. Kilka elementów sygnalizuje to, że Snyder starał się wyważyć film, aby także osoby dorosłe nie nudziły się podczas jego seansu (przemawia za tym gównie mroczny klimat części scen oraz dosyć brutalne walki sów), jednakże rezultat końcowy trochę rozczarowuje.

Na koniec pozostawiłem sprawę dubbingu. Spodziewałem się najgorszego, było natomiast źle, ale nie fatalnie. Bardzo żałuję, że idąc do kina, widz zazwyczaj nie ma możliwości zdecydowania, czy chce obejrzeć film z oryginalną ścieżką dźwiękową, czy raczej woli dubbingowany. Zastąpienie głosów takich aktorów jak Geoffrey Rush, Hugo Weaving, Sam Neill oraz aktorek Helen Mirren i Abbie Cornish uważam za nieporozumienie.

Summa summarum: największym atutem filmu jest jego aspekt wizualno-dźwiękowy, który sprawia, że kilka scen prawdziwie chwyta za serce i pozostaje w pamięci. Na tym polu obraz otrzymałby ode mnie ocenę 8/10. Jednakże za prostotę fabularną i zbytnią cukierkowość przekazu odejmuję jedno oczko, drugie natomiast za niefortunny dubbing.

Ocena: 6/10

Więcej informacji o filmie w portalach: Filmweb, IMDb oraz Rottentomatoes.